| Krzysztof Kamil Baczyński • Ciemna miłość Leżymy w łożu mrocznym jak na dnie strumienia wyschłego. Włosy długie, poplątane wioną, rozdzielają się, łączą jak smugi cierpienia i niosą się jak ścieżki ku dalekim strunom. Tu u nas zła tarnina rośnie tak po brzegu biała czasem, a czasem jest jak rozpacz dłoni, i armie ciężko dzwonią jak wykute w śniegu, w księżycach jasnych sunąc. Krzyk, parskanie koni i czołgów ryk podziemny - jakby wydzierały dusz trzepot nieostrożnie pobratany z ciałem. Więc nasze ciała długie, splecione jak palce w nocnym konaniu cierpną i wiatr nam na twarze niesie płatki tarniny odstrzelone w walce, i leżą tak jak piętna pośmiertne, na miłość strącone, aby wspomnieć, że się nic nie śniło, bo oczy były otwarte i we śnie. I źródła są w powietrzu, i czujemy je to są pociski krwi, co jeszcze trysną. I łkania są w powietrzu metalowy jęk, który się w ogniu spełnia ulewą ziarnistą. I boleść, którą kiedyś nazwiemy ojczyzną, co teraz jest jak dziecko, które nam we śnie umiera. Jeszcze oddech jego z ziemi drży, bo to był mej miłości pierworodny syn. A potem długa noc. I zrywam się w ciemności bez zbroi, nagi, taki, jakem z ziemi wstał, rozpleść łodygi naszych nie spełnionych ciał i być żołnierzem nocnym wiary bez litości. I nim odejdę jeszcze, nim się broń rozpali, widzę, jak się ten obłok twego ciała żali. Bo ciemne miłowanie jest na dnie człowieczem, które pragnących traci i czystość rozdziera, a które się do dłoni bierze razem z mieczem, lecz się w nim cierpi długo, chociaż nie umiera. l znów widzimy miasta płonące l dymy, co się powoli wznoszą pnąc na stopnie niebios, i szubieniczne drzewa skrzypią, i z daleka bicz strzela i rozcina z ziemią wraz - człowieka. A nad tym krzewy kwitną. Z pąków zielonkawe chmury płyną. Dojrzałość lepko się przelewa. Widnokręgiem o świtach ciągną kluczem drzewa. I ludzie ci żałosni, w nie obeschłych gruzach, pod namiotami cyrków, w świergocie karuzel, unoszą się jak łachman, wśród dymu śpiew niosą weseli. Jak wyzwanie sczerniałym niebiosom. Długie, suche koryto - jest to dno strumienia, gdzie leżymy jak kamień pod kurzawą gwiazd. Tyle jeszcze milczenia strasznego jest w ziemi, że chyba go wystarczy na niejedną śmierć! Módlmy się, módlmy słowami ciemnemi! Siejmy, o, siejmy, chociaż ziarnem serc! — • Erotyk W potoku włosów twoich, w rzece ust, kniei jak wieczór - ciemnej wołanie nadaremne, daremny plusk. Jeszcze w mroku owinę, tak jeszcze różą nocy i minie świat gałązką, strzępem albo gestem, potem niemo się stoczy, smugą przejdzie przez oczy i powiem: nie będąc -jestem. Jeszcze tak w ciebie płynąc, niosąc cię tak odbitą w źrenicach lub u powiek zawisłą jak łzę, usłyszę w tobie morze delfinem srebrnie ryte, w muszli twojego ciała szumiące snem; Albo w gaju, gdzie jesteś brzozą, białym powietrzem i mlekiem dnia, barbarzyńcą ogromnym, tysiąc wieków dźwigając trysnę szumem bugaju w gałęziach twoich - ptak. — • Dedykacja: Jeden dzień - a na tęsknotę - wiek. jeden gest - a już orkanów pochód, jeden krok - a otoś tylko jest w każdy czas - duch czekający w prochu. Mojej najdroższej Basi - Krzysztof dn. 2 II 1942 r. — • Miłość O nieba płynnych pogód, o ptaki, o natchnienia. Nie wydeptana ziemia, nie wyśpiewane Bogu te drzewa, te kaskady iskier, ten oddech nieba, w ramionach jak w kolebach zamknięty. Jak cokoły drzewa z szumem na poły; serca jak dzbany łaski, takie serca jak gwiazdki, takie oczu obłoki, taki lot - za wysoki. Słońce, słońce w ramionach czy twego ciała kryształ pełen owoców białych, gdzie zdrój zielony tryska, gdzie oczy miękkie w mroku tak pół mnie, a pół Bogu. Twych kroków korowody w urojonych alejach, twe odbicia u wody jak w pragnieniach, w nadziejach. Twoje usta u źródeł to syte, to znów głodne, i twój śmiech, i płakanie nie odpłynie, zostanie. Uniosę je, przeniosę jak ramionami - głosem, w czas daleki, wysoko, w obcowanie obłokom. 8 września 1942 r. — • *** [Niebo złote ci otworzę...] Niebo złote ci otworzę, w którym ciszy biała nić jak ogromny dźwięków orzech, który pęknie, aby żyć zielonymi Usteczkami, śpiewem jezior, zmierzchu graniem, aż ukaże jądro mleczne ptasi świt. Ziemię twardą ci przemienię w mleczów miękkich płynny lot, wyprowadzę z rzeczy cienie, które prężą się jak kot, futrem iskrząc zwiną wszystko w barwy burz, w serduszka listków, w deszczów siwy splot. I powietrza drżące strugi jak z anielskiej strzechy dym zmienię ci w aleje długie, w brzóz przejrzystych śpiewny płyn, aż zagrają jak wielonczel żal -- różowe światła pnącze, pszczelich skrzydeł hymn. Jeno wyjmij mi z tych oczu szkło bolesne -- obraz dni, które czaszki białe toczy przez płonące łąki krwi. Jeno odmień czas kaleki, zakryj groby płaszczem rzeki, zetrzyj z włosów pył bitewny, tych lat gniewnych czarny pył. 15 VI 43 r. — • Pragnienia Co dzień kochając cię płaczę, tęsknię za tobą -- patrząc, oczy mi popieleją, wiedzą, że nie zobaczą. A z ciebie gorycz płynie jak w niebo dym spokojny, dzień jak liść kruchy się zwinie i ptak, co w śpiew niezbrojny. Przysiadają na mnie modlitwy przelotne, ach, przelotne. Elementarne bitwy, trwożne, samotne. Uczę się ciała na pamięć i umiem. Widać dusza jest jeszcze, która kłamie, a we mnie śmierć porusza. Po snów kipieli ciemne) szukam cię, tak się spalam, ręce mi nadaremne jak ptak, co gniazdo kala. I może by w milczeniu i w cierpieniu by może, cóż, kiedy nocy grożę, niedowidzeniu. I takim ci ja hardy jak ręce, co rycerzom przypinają kokardy, w których siłę nie wierzą. I takim ci ja mocarz, że kiedy słów nie trzeba, nie umiem stworzyć nieba miłością w oczach. czerwiec 42 r. — • Ten czas Miła moja, kochana. Taki to mroczny czas. Ciemna noc, tak już dawno ciemna noc, a bez gwiazd, po której drzew upiory wydarte ziemi -- drżą. Smutne nieba nad nami, jak krzyż złamanych rąk. Głowy dudnią po ziemi, noce schodzą do dnia, dni do nocy odchodzą, nie łodzie -- trumny rodzą, w świat grobami odchodzą, odchodzi czas we snach. A serca -- tak ich mało, a usta -- tyle ich. My sami -- tacy mali, krok jeszcze -- przejdziem w mit. My sami -- takie chmurki u skrzyżowania dróg, gdzie armaty stuleci i krzyż, a na nim Bóg. Te sznury, czy z szubienic? długie, na końcu dzwon -- to chyba dzwon przestrzeni. I taka słabość rąk. I ulatuje -- słyszę -- ta moc jak piasek w szkle zegarów starodawnych. Budzimy się we śnie bez głosu i bez mocy i słychać, dudni sznur okutych maszyn burzy. Niebo krwawe, do róży podobne -- leży na nas jak pokolenia gór. I płynie mrok. Jest cisza. Łamanych czaszek trzask; i wiatr zahuczy czasem, i wiek przywali głazem. Nie stanie naszych serc. Taki to mroczny czas. 10 września 1942 r. — • *** [Ty jesteś moje imię...] Ty jesteś moje imię i w kształcie, i w przyczynie, i moje dłuto lotne. Ja jestem, zanim minie wiek na koniu-bezczynie, ptaków i chmur zielonych złotnik. Ty jesteś we mnie jaskier w chmurze rzeźbiony blaskiem nad czyn samotny. Ja z ciebie ulew piaskiem runo burz, co nie gaśnie, każdym życiem i śmiercią stokrotny. Ty jesteś marmur żywy, przez który kształt mi przybył, kształt w wichurze o świcie widziany, który o mleczne szyby buchnął płomieniem grzywy i zastygł w dłoni jak z gwiazdy odlany. I jesteś mi imię ruchów i poczynaniem słuchu, który pojmie muzykę i sposób, który z lądu posuchy wzejdzie żywicą-duchem w łodygę głosu. — Edward Balcerzan • [Myślenie tobą...] Bogusławie myślenie tobą nacinanie brzozowej kory płócien Renoira ale tylko do miejsc nie zabliźnionej wilgoci zwijanie w przekrwionym kciuku prażącego żagla z tkaniny twego biodra nazbyt spierzchłej farbą zbłąkany w tobie w dźwięczne mrowisko grudek na odwrocie łydki zwiany z suchą watą przesilenia dostrzegalny w listopadach świateł wzbierający w sypką łachę przyśnionego tobie ciała powtórzeni w sobowtórach naszych ust -- niepowtarzalni wydobyci z ciepłych kropel snu -- niedocieczeni przygarnięci w popielatej wnęce -- czasu? siebie? snu? ogarniający wnękę — Stanisław Baliński • O tamtej... Z tamtą było kapryśnie i było niepewnie, Gdy prosiłeś o serce, drwiła z ciebie płocha, A gdy chciałeś porzucić, wzywała cię rzewnie, Trudno ją było lubić, trzeba było kochać. Ta nigdy nie jest zmienna i nie jest powiewna, Ma uśmiech pogodniejszy i słowa łaskawsze, Możesz jej ufać wiernie, nie zdradzi -- rzecz pewna, A kiedy powie słowo, dotrzymuje zawsze. Tamta mnie opuściła, tamtej nie ma ze mną, Ta przyszła i uściskiem objęła serdecznie, I chociaż mi z nią dobrze i chociaż bezpiecznie, Za tamtą mi jest smutno, za tamtą mi ciemno... — Michał Bałucki • Nie w porę Raz byłem u niej: z kotkiem na ręce Siedziała w oknie w białej sukience I paluszkami drażniła kotka: Pieszczotka! I wkoło twarzy dziewczęcia białej, Zarumienionej, loczki się chwiały I uśmiechały się oczka czarne Figlarne. Siedzę i czekam godzinę całą, By dziewczę z kotkiem igrać przestało l pogadało kilka słów ze mną... Daremno! Ani mnie widzi, ani mnie słyszy, Kotek jej rączkę chwyta jak myszy, Czasem zadrapie. Ona to woli - Choć boli. Więc rzekłem sobie: jeszcze za wcześnie Pukać w serduszko, co leży we śnie, l unikałem dzieweczki białej Rok cały. Kiedym powrócił, znów w tym pokoju, Przy tym okienku pełnym powoju, Bluszczów, siedziała moja pieszczotka Bez kotka. Lecz czegoś dziwnie zmieszana była, Oczy ku ziemi wstydna spuściła I zrumienila się jak jabłuszka Po uszka. Byłem pewniutki, że z mej przyczyny... Wtem wiatr firanek ruszył muśliny I zobaczyłem sprawcę rumieńca - Młodzieńca. I znów panienka, jako przed rokiem, Choć siedzę, czekam, nie rzuci okiem; Lecz już nie kotek tym razem winny: Kto inny... Kto inny śpiące zbudził serduszko I szepta teraz miłośnie w uszko... Ha, szkoda! późno przyszedłem trocha: Już kocha! — Stanisław Barańczak • 4.2.80: Śnieg V Milczkiem opadający, chyłkiem bielący się śniegu, cóż w lutym, za oknem, nad ranem może być w tobie jasnego bardziej niż to, że trzeba pod kołdrą jedną i ciepłą objąć się, spleść ze sobą obydwa sny, nim uciekną przed świtem; niż to, że trzeba do nastroszonej piersi przemówić ciepłym językiem (już drzwiami trzaskają pierwsi punktualni sąsiedzi, już przez dwie ściany winda swą listę obecności szumi); niż to, że pokój rozwidnia ten chłód nagi, wilgotny, przed którym tylko nagie, wilgotne ciepło chroni -- i to, co zrywa się nagle, dwoiste, jednolite, zdławione, nie do zniesienia, wzbijające się z krzykiem, jawne i mroczne jak ziemia — • Pusty Kiedyś ja sama w ciebie wejdę, niczym ręka w Rękawiczkę. Jak ona, zaplanuję twoje kształty i poruszenia. I przez twoją skórę ledwie wyczuję żwir i popękany granit. Ty, tak opustoszały pomieszczeniem dla mnie, po stokroć przypuszczonej; ja, tak nieobecna w twoich półmrocznych przejściach, zakamarkach tajnych, w ich pustych odebrzmieniach, gdy uderzyć głucho. W mroku rozszerzyć siebie, rozmnożyć na wszystkie strony w tobie. Dopiero kiedyś. Jeszcze wierzysz, żeś jest i instrumentem wewnątrz futerału. To ja dopiero będę twoimi słowami. — • Wrzesień 1967 I jakim prawem mieliśmy w sobie aż tyle nieprzezorności, aby w bezsennym przedziale spędzić noc, wysiąść, drżąc z zimna, i znaleźć między dnem szarych chmur a warstwą rudych szpilek śliski od mżawki, pusty po sezonie camping - garść słupów do siatkówki i sklejkowych ruder, zza których grzmiało morze; aby w przemokniętym domku z dykty nie zwlekać już ani przez chwilę dłużej i paść w ubraniach na nagi materac i, niezdarnie zdzierając je z siebie, docierać do nas, odnalezionych Bóg wie jakim cudem i jakim trafem; aby nic wtedy nie przeczuć, chichotać z układanych wspólnie - senną głową przy ciepłej piersi - głupstw: "Morze miarowo szumi, Bo niemiarowo nie umi", pod wieczór czuć nadal w ciele słony, dziki, jednostajny rytm fal, które zbijały z nóg spienionym światłem zmieszanym z piaskiem, żwirem i wodorostami, i ten rytm naśladować w spiesznie j szym narzeczu dwojga ciał; aby wargi, błądzące powoli plażą skóry, trafiły na kryształki soli z morza? z potu? nie wiedząc jeszcze, jakim wiatrem i jakim trwaniem będą zdmuchnięte, spłukane; aby języki dwa bez skutku ale czule chciały się spleść, przytrzymać nawzajem, nie ulec sygnałowi z latarni morskiej, gdy nad ranem buczał przez mgłę, na znak, że wszystko ma swój brzeg, i gdy do wnętrza domku przez koślawą ramę okna sączył się z anten, kominów i drzew świt ze swoim natrętnie milczącym pytaniem, jakim właściwie cudem, jakim trafem, jakim prawem wszystko ma odtąd pozostać tym samym morzem, tym samym snem, tym samym słonym smakiem — Charles Baudelaire • Do Przechodzącej Miasto wokół mnie tętniąc huczało wezbrane. Smukła, w żałobie, w bólu swym majestatyczna Kobieta przechodziła, a jej ręka śliczna Lekko uniosła wyhaftowaną falbanę. Zwinna, szlachetna, z posągowymi nogami. A je piłem, skurczony, dziwaczny przechodzień, W jej oku, niebie modrym, gdzie huragan wschodzi, Rozkosz zabijającą i słodycz, co mami. Błyskawica... i noc! Pierzchająca piękności, Co błyskiem oka odrodziłaś moje serce, Czyliż mam cię zobaczyć już tylko w wieczności? Gdzieś daleko! Za późno! Może nigdy więcej! Bo nie wiesz, dokąd idę, nie wiem, gdzieś przepadła, Ty, którą mógłbym kochać, ty, coś to odgadła! — Jolanta Baziak • Ja proch Coraz mniej witania trzepotania ramion mówienia o spełnieniu zaciskam się wokół szyi badam powstające w tobie szczeliny drażę kanały na wypadek drżenia galaktyk ucieknę zdążę się z ciebie wyodrębnić a jeżeli nie to przecież zmieszczę się schronię w tobie — Józefa Bąkowska • List Chciałam list pisać do ciebie Na listku róży, Lecz listek mógłby zaginąć W chaosie burzy; Chciałam na skrzydłach motyla Złoconym wzorem Pisać do ciebie, lecz motyl Ginie wieczorem. Chciałam list oddać zdrojowi W górach szumnemu, Ale zdrój mógłby list odnieść Komu innemu; Więc chciałam list rzucić z gwiazdą W dół spadającą, Lecz duszę by twą paliła I tak gorącą! Chciałam znów list mój zaczepić O błysk na niebie, Ale się pałam, by piorun Nie zabił ciebie! I tak nie zjawia się poseł Dosyć bezpieczny, A list mój leży do ciebie Taki serdeczny. — Urszula Benka • Kocham cię czule, najczulej Kocham cię czule, najczulej, ale czemu co noc chcesz, bym białym snem i szeptem pełzła z łóżka na podłogę, w kąt, gdzie dziecko nasze śpi? nasze dziecko jest ostatnio takie blade, krzyczy przez sen i krzyczą jego powstające włosy, i kołyska trzeszcząc się wznosi, kiedy twarz nad nim pochylam zrywam się ze snu na nogi a ty w uśmiechniętej zadumie całujesz moją dłoń, pieścisz ramiona i piersi, aż z rozkoszy wiję się i w dół osuwam, i do dziecka, które w swoim kącie, pełznę skupiona i powoli na bladym czole składam pocałunek dziecko umiera rozmarzone, z krzykiem się budzę ty milczysz w uśmiechniętej zadumie gdy na podłodze robak się kręci i patrzy w moje oczy i wiem, że wszystko rozumie, więc razem szepczemy po nocy: kocham cię czule, najczulej — Zbigniew Bieńkowski • Rozmowa Ty jesteś częścią, a ja stroną świata, ty wiesz o Ziemi, a o mnie wie przestrzeń. Jesteśmy wzajem tak jak zysk i strata, gdy ty westchnieniem, ja jestem powietrzem. ]a mam kształt własny, ty nie masz go wcale, ja jestem świateł i cieni pryczyną. Kiedy krajobraz w mych oczach zapalę, to tylko wtedy możesz go ominąć. Ty tworzysz światło, a ja formę światła, która z ciemności postać blasku weźmie i każdą gwiazdę, co z przeczuć twych spadła, wyśni na jawie, by świeciła we śnie. Ja jestem z Ziemi i na jej obszarze mogę ci niebo zbliżyć lub oddalić. Krwią swoją twoje pragnienia zagaszę, nim gmach przestrzeni od nich się zapali. Tyś jest budowlą, ja jestem jej stylem. Kiedy natchnione wzrokiem do dotyku kamienne nieba legną w ziemskim pyle, ja będę jeszcze pojęciem gotyku. Gdy wieczność stawać się zacznie na Ziemi i obowiązki serca kamień przejmie, ty będziesz trwaniem, które się nie zmieni. Ja pragnę więcej: aby żyć śmiertelnie. — • [Między nami, to znaczy...] Między nami, to znaczy między mną i tobą. Między mną, który jestem istnieniem dosłownym, a więc krwią, sercem, łzą, westchnieniem, powietrzem, między mną, który jestem otwartą przenośnią, nie zniechęconym sercem i trzciną myślącą o tobie, wciąż o tobie... — Mikołaj Biernacki • Więc rzucę wszelkie grymasy Ciężkie dzisiaj, ciężkie czasy! Struna życia się napręża; Więc rzucę wszelkie grymasy, Kiedy będzie iść o męża. Niechaj będzie siwy, stary, Łysy, cienki jak wrzeciono, Byle tylko miał talary, Gotowam być jego żoną. Niech będzie rudy, srokaty, Czarny, biały, jak się zdarza, Byle tylko miał dukaty Chętnie pójdę do ołtarza. Niech ma jakie tam chce żądze, Niech będzie tygrysem, wężem, Byle tylko miał pieniądze, To go nazwę moim mężem. Niechaj ma cielęcą główkę, Niech będzie nawet idiotą, Byle tylko miał gotówkę, Idę za niego z ochotą! Niech będzie krzywy, garbaty, Ślepy, chromy, głuchy, kosy, Byle tylko miał intraty, Pójdę dzielić jego losy. Bo to dzisiaj ciężkie czasy! Struna życia się napręża; Więc rzucę wszelkie grymasy, Kiedy będzie iść o męża. — Jacek Bierezin • *** [Jest już druga w nocy...] Jest już druga w nocy i usnęłaś ze mną po raz pierwszy Mogę zostać z Tobą do rana i słuchać gwizdu pociągów na moście Od dzisiaj jesteś Innym Krajem w moim starym tym samym kraju I za oknem jest inne drzewo i inni przyjaciele w domach Od dzisiaj jesteś Pieśnią nad Pieśniami i nie obudzą Cię córki jerozolimskie Jesteś śniada i wdzięczna i moja ręka jest pod Twoją głową Od dzisiaj jesteś Pasją nad Pasjami i Twój szczyt góruje nad górami świata Pokochałem Twoje szalone ręce które zostawiły mi krwawe pręgi na plecach Od dzisiaj jesteś Ziemią Obiecaną której oczy i usta rozmawiają ze mną Możesz wejść -- mówisz -- przebij mnie bo pokochałam ból i twoją nienawiść A ja -- ja wejdę w Ciebie by cię oddalić i by Cię zatrzymać I może nasze gorące ciała urodzą śmierć której tak pragnę z Tobą — • Z Tobą bez Ciebie Paryż, Paryż bez Ciebie jest tylko jeszcze jednym, smutnym, wyludnionym, wschodnioeuropejskim miastem, jak Wieluń, Warszawa czy Władywostok. To nie będzie wiersz, to list, wyznanie, wyzwanie, wołanie, włóczęga, walka, wyjście na ring - jednym słowem wszystko na "w"; jak Weda, jak wielkość, jak wielki brak, jak vestibulum vaginae, woda, wino, wódka i wygnanie z kolejnej ojczyzny wykolejeńców wtopionych w widnokrąg, w wielki pejzaż, wschód i zachód tego miasta wytatuowanego na skórze (na imię zawsze będziesz miała Wschód), jak wyścig z czasem, jak wola wygranej, a nie ma wrogów wartych... Jak wyjść z Ciebie: opuścić jakieś miejsce, zwykle udając się dokądś, w jakimś celu. Wyjść z domu. Wyjść na spacer. Wyjść po zakupy. Wyjść do miasta. Wyjść naprzeciw kogoś. Wyjść na wolność i widzieć Ciebie. I nie móc wyjść z podziwu, z osłupienia, ze zdumienia, nie móc się nadziwić Twojej miłości. Twojej skórze, włosom, rzęsom, oczom, piersiom, udom, zapachowi podróży do Ciebie i w Ciebie. I coś wychodzi na jaw, na światło dzienne, przestaje być tajemnicą, staje się znane, zostaje ujawnione, wychodzi obronną ręką, krzykiem, bez szwanku, bez skazy, piękne jak Twoja bliskość i Twoje oddalenie. Jak wyjść z Ciebie, zacząć grę, rozgrywkę, kładąc najważniejszą kartę; wyjść w damę karo, wziąć początek, wywieść się skądś, robić dla Ciebie wszystko, ale żebyś nie była wszystkim. I jak wyjść z Ciebie nie wychodząc nigdy, być zawsze w Tobie i zawsze odchodzić. Paryż, sierpień 1989 — Marianna Bocian • Miłość nie jesteś mi dany do pocałunku opasuję twoje życie wzrokiem -- to czysta miłość zrodzona z bólu olśnienia jestem obok ciebie jak anioł z odrzuconym ciałem kobiety możesz obdarzyć mnie swoją męką bo dojrzała miłość ma siłę ten stan przyjąć darem jest spełniona bez pustoszenia ciał pocałunkami jest taka bezkresna miłość która ciała wyklucza nie rani nie oślepia jest jak jaskółka która czas rozwesela — • *** [W dżungli naszych ciał...] W dżungli naszych ciał trwa pościg dwu bestii, nagich, bezradnych wśród obiegów krwi. Ucieczka w głąb ciała to wejście bezlitosne na wrogie pozycje, z których rozpacz wyprowadza nas czule wśród skowytu. W dżungli naszych ciał trwa pościg dwu bestii. Zmęczeni, ociekający potem mówimy - kochany - kochana. Jest to jedyne przebaczenie morderczego pościgu i rozgrzeszenie uległości. Zasypiamy. Ponad snem tylko dwie bestie dorastają do skoku wśród śmiertelnej dżungli ciał. Jest to bezprawie, na które godzi się bez nas nasza krew, by trwać. Nie my - bestie są nieśmiertelne! — • Zakochani dwoje odgrodzonych od reszty świata w potrzasku jak więźniowie w celi najwspanialej okradają Boga z miłości -- to wszystko będzie im wybaczone -- jeszcze więcej będzie im przydane ucztowały wiecznością ciała nie może tu być żadnej mowy o grzechu! o reszcie mówić wieczność zabrania nad kochankami zaciąga wartę sześcioskrzydły cherub z opaską na oczach — Tadeusz Borowski • *** [Kim jestes?...] Kim jesteś? Ręki twojej gest i uśmiech drżący w cieniu ócz znam i nie mogę w sobie kształtu odtworzyć, jakbym szedł ulicą tak dobrze znaną, że mi patrzeć na domy bliskie i otwarte na oścież oczom -- nie potrzeba. A później: skąd przyszedłem tu? -- w zdumieniu pytać. Tak i ty bliska mi jesteś i tak znana, że słowem ciebie nie ogarnę ani obrazem, tylko czuję w sobie idący czar od ciebie, niepokojącą ufność, dobroć i może grozę piękna, jakbym ujrzał anioła, który nagle rozwijać jął do lotu skrzydła i memu dziwił się lękowi... — • *** [Myślę o tobie...] Myślę o tobie. Twoje oczy, twój głos, twój uśmiech przypominam, patrząc na niebo. Zboczem nieba zsuwa się obłok, jakbyś lekko profil zwróciła w lewo. Ówdzie drzewo wplątane w wiatr przechyla koronę twoim przechyleniem, a tam w powietrzu ptak się waży - i wiem, że tak do twarzy wznosisz dłoń w zamyśleniu. Rozproszona uroda rzeczy, błysk przelotny piękna na ziemi wiem, że w tobie uwiązł i zastygł w kształt... — • *** [Na zewnątrz noc...] Na zewnątrz noc. Goreją gwiazdy, żandarmów ostry krzyk w ciemności, aeroplanów twardy warkot i dziki tupot, jęczy bruk deptanych ulic, płoną stepy i jak potopu gniewną falą pulsuje noc zwycięzców krzykiem: to wiek, nasz wiek, przeklęty wiek rzuca wezwanie przyszłym wiekom... A przecież tylko to ocali nasz czas od zguby i od zemsty przyszłych dni grozy i rachunku i tylko to na brzeg wyrzuci, jak szczep brzemienny winną gałąź, morze dni naszych: proste słowa, że odnalazłem ciebie. Człowiek, który nadejdzie po nas, pieśni zapomni naszych, znienawidzi wołań i skarg helotów, ale gdy wyjdziesz mu naprzeciw ty, jak gdyby inna, lecz tak samo dziwna wobec gwiazd obronnym gestem i powie: odnalazłem ciebie... I moim słowem będzie mówił, moją miłością będzie kochał... — • Pożegnanie z Marią Jeżeli żyjesz -- to pamiętaj, że jestem. Ale do mnie nie idź. W tej nocy czarnej, opuchniętej śnieg się do szyb płatami klei. I gwiżdże wiatr. I nagi kontur drzew bije w okno. I nade mną jak dym zagasłych miast i frontów płynie niezmierna, głucha ciemność. Jak strasznie cicho! Po cóż było aż dotąd żyć? Już tylko gorycz. Nie wracaj do mnie. Moja miłość jest zżarta ogniem krematorium. Stamtąd cię miałem. Twoje ciało w świerzbie, w flegmonie tak się pięło jak obłok wzwyż. Stamtąd cię miałem, z niebiosów, z ognia. Przeminęło. Nie wrócisz do mnie. Razem z tobą nie wróci wiatr, co mgłą się opił. Nie wstaną ludzie z wspólnych grobów i nie ożyje kruchy popiół. Nie chcę, nie wracaj. Wszystko było grą naszą, złudą, czczym teatrem. Krąży nade mną twoja miłość jak dym człowieka ponad wiatrem. — • *** [Tak mi się twoja twarz...] Tak mi się twoja twarz rozpływa i niknie we mnie jak widnokrąg, z którego odejść trzeba. Glos twój, twe oczy, uśmiech jak przelotny wiatr, gdy się o twarz ociera, jeszcze drży we mnie i jak ptak, który tak lekko i ostrożnie w powietrzu waży się, jak gdyby oddechem był -- ulata ze mnie, rozpływa się i niknie. Próżno -- ty wiesz, że w szyby nocnej czerń jak w życie swoje dawne patrzę, lecz ciebie tam już nie ma. Tylko mgła, która w górę się podnosi... — • *** [Wciąż jesteś przy mnie...] Wciąż jesteś przy mnie. Wszelki dźwięk i ruch tak zwykły, jak schylenie czoła ku rękom, trzepot powiek i cichy uśmiech zamyślenia - to jesteś ty. Milczenie ust, puls serca i pieszczota dłoni nie chwycą ciebie, ani słowo, które w przemożny rośnie rytm i jakby falą i ciemnością ogarnia mnie... Więc smutek, gorycz, tęsknota - czyż naprawdę jestem struną, na której ból mijania w dźwięk się przewija? Tylko jedna ty, kiedy schylasz się nade mną uważnie patrząc w moje oczy, uciszasz drżenie i mój ból, i chociaż ciebie nie ogarnę słowem i gestem, jest mi dobrze i mówię ci po prostu: jesteś... — • *** [Wiem, z nagła sie otworzy...] Wiem, z nagła się otworzy krąg miłości naszej. Nieostrożny mej ręki ruch odpłoszy ciebie -- wtedy odejdziesz. Każda rzecz, której dotknęłaś, nawet powiew powietrza, idącego od drzwi lekko przez ciebie otwieranych -- ciebie mi będą przypominać, jak gdyby struną były, którą, przechodząc mimo, potrąciłaś... A jakim dźwiękiem będę drżał ja, który miałem cię w ramionach? — | Katarzyna Boruń • Wieża Wznosimy ją. Możemy jeszcze przedłużać tę chwilę zanim popłaczą się języki ostre i twarde jak u kota. Wspinamy się coraz wyżej zanim popłaczą się języki Niech pozostanie tylko ten. Lżejszy od dymu wspólnie wypalonego papierosa. — • Liryk bardzo mieszczański Jeśli przyjdziesz, to proszę, w progu zdejmij buty i wchodź powoli, bym mogła nacieszyć się tobą jak odkrywanym miastem przebiegać ogrodami odpoczywać w cieniu, w kościołach kryć się przed zgiełkiem, błąkać po zaułkach monety wrzucać do fontann. I wracać bez końca. — Kazimierz Brakoniecki • Święte 1 Nie dotykaj mnie Jestem śmiertelny mogę się w tobie zakochać na śmierć 2 Piękno ich miłości było nie do obronienia nie służyło niczemu i jak dotyk duszy było nieuchwytne 3 Położyli się w radości a śmierć w nich spoczywała i trysnęła miazgą początków w miłość jej siłę przemienili i na próbę wcielili się w wieczność 4 Nie gaście lampy ciała niech to co zrodzone odszuka drogę po omacku wyszarpując dłonie i głowę przeciskając przez ogień sprasowanej ciszą ciemności nie gaście lampy ciała niech to co zrodzone odnajdzie drogę; ściskając w piąstkach pępowinę słońca 5 Dotknij mnie Jesteśmy jednością mogę się w tobie zakochać na śmierć — Kazimierz Brodziński • Pasterka Kto doniesie sercu memu, Co z moim lubym się dzieje; Któż ode mnie powie jemu, Że tęskna łzy po nim leję? Miły ptaszku, mijasz gaje, Z dalekiej lecisz krainy, Powiedz, gdzie mój Jaś zostaje, Ach! powiedz, pośle jedyny! Weź te kwiaty, weź ode mnie Spłakanem okiem szukane! Serce bije mu wzajemnie, Dopóki żyć nie przestanę. Choćby go daleko w świecie Morzami okręt prowadził, Spiesz się, wracaj, donieś przecie, Czy żyje, czy mnie nie zdradził? Ale ptaszek płocho leci, W jodłowym gubi się lesie; Spieszy, śpieszy do swych dzieci, I kłosek w dziobku im niesie. Leć ptaszyno moja droga! Bo twoja luba cię czeka, Nie dziw tobie, że uboga Pasterka tęskna, narzeka! — • Pasterz do Zosi Pojrzyj przecie mile, Moja Zosiu płocha! Daruj aby chwilę Temu, co cię kocha. Kiedy cię nie staje, Ciemno mi na niebie. Łąki, wody, gaje Niczem są bez ciebie. Tyś jest moje mienie, Ty wesele moje, Za twoje spojrzenie O nic już nie stoję. Gdybym ja się kiedy Stał niewiernym Zosi, Niech mnie wicher wtedy W górach poroznosi. Niechaj się zapadnę, Niewierny kochanek, Za oczęta ładne, Za twój Zosiu wianek. — Władysław Broniewski • Jaskółka Napłynęła na mnie fala miłosna, jak powódź, co lody znosi. Ty nie jesteś już taka młoda, ale jak wiosna, i kto ciebie o to prosił? Może moje serce prosiło na klęczkach w rozmaitych rozpaczach i klęskach, całując z rozpaczą na spółkę ciebie - jaskółkę? A może te jaskółki w niebie, podobne do ciebie, latały, kwiliły i wylatały, żebym był radosny i śmiały? — • Kabała Ten walet schnie z miłości, a ty go dręczysz wzgardą, dwa serca wyrwał z piersi i przekuł halabardą. Żołędny król go wezwał. W karecie z dzwonków pędzi. Ach!... Czeka go w podróży nieszczęście od żołędzi. Już wjechać ma w dąbrowę, a jeszcze się ogląda, on nie wie, że przy tobie dzwonkowy, jasny blondyn. Nie ufaj blondynowi, choć list czerwienny wyśle, spal złoty włos nad świecą, a poznasz jego myśli. On brzęczy dzwonnym złotem, do ucha pięknie szepce, uśmiecha się do ciebie, a serce dał brunetce. Brunetka jest zazdrosna i ciebie źle wspomina. Wystrzegaj się tej damy. Ach, nie pij tego wina! To wino jest zatrute miłosnej łzy diamentem, z dziesięciu serc czerwiennych okrutnie wyciśnięte. Pijany czarnym winem, twój walet w snach się błąka, z rozpaczą szuka serce - w żołędziach, w winie, w dzwonkach. — • Moja miła Ja już nie chcę poetycko łgać, ja chcę widzieć to, na co patrzę, a przy tobie -- śmiać się i łkać, i tak na zawsze. Spojrzyj, miła, jaki biały śnieg, nad nim błękit sklepiony jak kościół. Chodź na nartach na tamten brzeg radości. W tym pokoju, pełnym słońca, bez krat, dobrze sercu, ale za ciasno... Wiesz, nie spałem tysiąc lat, teraz chcę zasnąć. Rozpalimy na szczytach gór ogromne ognie, będzie głód, pożoga i mór -- ty pomyśl o mnie. Ja tak kocham, jak pada śnieg, jak świeci Orion. Nie ma drutów. Jest tamten brzeg -- krematorium. — • Na odjezdne Żadne wiersze tu nie pomogą, alkohol ani łzy: pójdziemy inną drogą -- ja i ty. Ale wiersz się sączy i sączy, jak krew, kazirodczo w sercu się łączy tkliwość i gniew, ale alkohol płynie: strumyczek krwi. Ja już wiem, co mnie nie ominie. Drwij. Ale łzy, prawdziwe łzy, rzewne, płyną i gdzież ich kres? Powiesz na pewno: "Szkoda łez". Odjedziesz, zapomnisz, lekkomyślna, czarowna, i tyle. Powiedz, czy jest jakiś sens w łaskawości twych rzęs, żem był jak pochodnia przez chwilę? — • O Kalifie To przez ciebie ten wiersz - chyba już wiesz? Paliłem z Kalifem nargile, zachciało się odejść na chwilę a Kalif, nie myśląc długo, uciął głowę, przyprawił drugą. W tej drugiej chyba nic więcej prócz kwiatów stu Barwistanów. Chcesz ściąć, to zetnij i nie zamęczaj, ale się jeszcze zastanów. — • Ociemniały Pokaż mi drzewo. - Jestem niewidomy. - Gdzie jest prawo i lewo? - Jestem niewidomy. - Gdzie jest światło i ciemność? - Jestem niewidomy. - Powiedz mi! Jestem jasnowidzem! Czy trzeba kochać? - Tak. Widzę. — • Warum Miła, ja nie mam słów, a miałem dość ich. Nie wiem, skąd bierze się znów ten lęk radości. Czemu znów serce drży jak wtedy wiosną, a łzy zabłysły jak bzy, co w Polsce rosną. Tkliwość. I morza szum. I noc co milczy. Na Schumannowskie "Warum?" - twój szept: "Najmilszy!..." I trzebaż było tych mąk i tej rozpaczy, gdy dwoje splecionych rąk tak wiele znaczy? — • Wiersz ostatni Tyś mnie kochała, ale nie tak, jak kochać trzeba, i szliśmy razem, ale nie w takt - przebacz. Ja jeszcze długo... Rok albo dwa. Potem zapomnę. Teraz, gdy boli, teraz, gdy trwa, dzwonię podzwonne. A tobie, miła, na co ten dzwon brzmiący z oddali? Miłość niewielka, błahy jej zgon, i idziesz dalej. Cóż mam od życia? - troskę i pieśń (ciebie już nie ma). Muszę im ufać, muszę je nieść, pisać poemat. Cóż mam od życia? - chyba już wiesz, czujna i płocha? - tylko ten smutek, tylko ten wiersz, który mnie kocha. — • Ze złości Kochałbym cię (psiakrew, cholera!), gdyby nie ta niepewność, gdyby nie to, że serce zżera złość, tęsknota i rzewność. Byłbym wierny jak ten pies Burek, chętnie sypiałbym na słomiance, ale ty masz taką naturę, że nie życzę żadnej kochance. Kochałbym cię (sto tysięcy diabłów), kochałbym (niech nagła krew zaleje!), ale na mnie coś takiego spadło, że już nie wiem, co się ze mną dzieje: z fotografią, jak kto głupi, się witam, z fotografią (psiakrew!) się liczę, pójdę spać i nie zasnę przed świtem, póki z grzechów się jej nie wyliczę, a te grzechy (psiakrew!) malutkie, więc (cholera) złości się grzesznik: że na przykład, wczoraj piłem wódkę lub że pani Iks - niekoniecznie. Cóż mi z tego (psiakrew!), żem wierny, taki, co to "ślady po stopach"?... Moja miła, minął październik, moja miła (psiakrew!), mija listopad. Moja miła, całe życie mija... Miła! Miła! - powtarzam ze szlochem... To mi życie daje, to zabija, że j ciągle (psiakrew!) ciebie kocham. — • Żona Obłoki obłąkane, kolory pokłócone, drzewo przed oknem złamane i -- widzę żonę. Czarnieckiego 80, parter z ogródkiem. "Czy przyjdzie na obiad, czy gdzieś się zawieruszy?" -- myśli ze smutkiem. A ja idę z autobusu "M", bo muszę, bo już siebie odnalazłem i wiem, gdzie mam duszę. Żona wygląda przez drzwi od ogrodu, w oczach niepokój, a ja myślę: "Kochana, młoda, i w sercu spokój". Pięć lat tułaczki, więzienia, ona -- Oświęcim... Jakże gorzki ten na do widzenia wiersz o "świętej pamięci". — Ernest Bryll • Malowanie żony Takie są właśnie, co wołamy: żony; konstrukcja szczygła -- a ten nie uniesie jesieni. Więcej liścia niż kwiatu -- kwiat już znaczy owoc więcej wiatru niż rzeki... Gładzimy co rano uda, chcemy tak tkliwie jakby porcelany dźwięku jej ledwo dotknąć nim od tętna pryśnie. U palców lotki i tak jakby kowal walił Mozarta... Bo takie są właśnie małe jak ziarno, brak im tego ugru którym ciężarne kwitną. Ramiączko koszuli odsłania piersi (w renesansie duchy bywały tęższe, gotowe, by w biodra przyjąć błogosławieństwo)... A one bezbożne nie chcą przymierza, nieprzydatne garnkom znienawidzone przez kuchnię. I jeśli trzeba rodzinę równać do ogniska nie znicz to będzie, nie dostojny płomień lecz suchość dymu, ognik papierosa który osłaniasz w dłoniach przeciw wiatrom. — Jan Brzechwa • Erotyk Przez okno kwadratowe Widzę wąsate drzewa, Odkąd wdały się ze mną w rozmowę - Śpiewam... Przez kwadratowe okno Widzę, że jesteś młoda, A ja noc miałem taką samotną - Szkoda! — • Oczekiwanie Czekam dzisiaj na ciebie. Czy ty wiesz, co to znaczy Na ciebie, miła, czekać, jak ja - nadaremnie? Nie ma gorszego smutku i większej rozpaczy, I męki, co jak płomień przepływa przeze mnie. Minuty i sekundy oczy moje liczą. Jest ich wiele. Godzina mija za godziną. A ja czekam i serce zatruwam goryczą. I łzy niepowstrzymanie po twarzy mi płyną. Już nie przyjdziesz, nie przyjdziesz! Spełniłaś tę zbrodnię, Która mnie tak okrutnie przybliż do grobu. Obok snują się twarze, mijają przechodnie... Ciebie jednej nie widać! I nie ma sposobu. Zaraz, wyjdę, pobiegnę.... Może cię dopadnę Za węgłem, na ulicy i gniewem ogłuszę: I ręce ci wykręcę, ręce takie ładne, I będę wniebogłosy przeklinał twą duszę. Nikczemna! Znowu we mnie obudziłaś zwierzę, A ja tego żałują i wstydzę się później. Już korzę się przed tobą, u stóp twoich leżę, A jeszcze się buntuję, złorzeczę i bluźnię. — • Te same usta Gdy nocą letni omdlewa znój, Twe usta szemrzą: "tyś mój, tyś mój", Twe usta czynią tajemny znak, Abym całował je tak - a - tak. Patrzę i milczę, klękam i łkam, Przybliż się do mnie, jam taki sam, Wyciągam ręce i szukam w krąg, Wyciągam ręce do twoich rąk... Widzę, poznaję usta i twarz, Naszą rozłąkę i obłęd nasz, Te same usta i chłód ten sam, Patrzę i milczę, klęczę i łkam. Z miłych najmilsza, ach, zbliż się, zbliż, Oto zostawiam róże i krzyż, Oto zostawiam na wieczny czas Ból, co na wieczność połączył nas. Mam dla twych pieszczot gościnny dom, Ciało nieobce jawie i snom, Dłonie znajome twym dłoniom dwóm, Zapach lipcowy i leśny szum. — • Wierzę Wierzę w moje przeznaczenie, Które wiąże mnie z tobą. Czym ja byłem przedtem? -- Cieniem, Własną moją żałobą. Wierzę w słowa, co są hymnem Na twoją wonną chwałę, Wierzę w serce twoje zimne, Wierzę w piersi twe białe... Kto przed tobą się ukorzył, Tego łaska osłania, Bóg w natchnieniu był, gdy tworzył Dzień naszego spotkania. — • Wyznanie Piersiom twoim hosanna! I pogarda światom, Co bogów swoich wielbią w obojętnym niebie, Bo ja, choć lichszy jestem niż najlichszy atom, Żyć nie mogę bez ciebie ni umrzeć bez ciebie! Na wieczność odsączyłaś krew od mego serca, Co wszystko ci za wszystkich pragnęło przebaczyć; Nie tyś je uśmierciła, bo cud nie uśmierca, Jeno los, co mi nie dał znów ciebie zobaczyć. Ja wiem, że będziesz łzami znaczyła wspomnienia Burzy, co błyskawicą dwie otchłanie łączy, Lecz ja nie znajdę nigdy w twych łzach ukojenia, Bo rozpacz nie ma końca. I już się nie skończy! Tak cierpię, że nieledwie umieram pomału, I nie ma już modlitwy na mych wargach drżących... Piersiom twoim hosanna! I zbawienie ciału. I litość wiekuista dla serc miłujących! — Jan Brzękowski • Narodziny W ten dzień zrównania dnia i nocy w krew moją weszłaś cicho i tajemnie ukrytym nurtem płyniesz we mnie w krwi mej żeglujesz - jak brew płonąca na rubieżach mroku, jakżeż wspaniały ocean rodzisz przed otchłanią oczu jakiż patos Armouno wieczór zapala w twoim pięciopalcu- w marmurowej ciszy leżąc słyszysz szelest przesuwanych godzin milczeniem krzyczysz naga na wzniesieniu głosu we włosów upale związana jak w łańcuch. czuję cię - jesteś - krążysz we mnie gorejąca - przeniknęłaś mię - wypełniasz sobą żyły rozszerzone w bólu we mnie się rodzisz w trzewiach szarpiesz i rozwalasz ciemność gorąca i słona wchodzisz mi z ust. — Joanna Brzostowska • Nie rozłączą nas Nie rozłączą nas pożegnania: wracamy do siebie zawsze. Mądre są nasze serca i od myśli stokroć łaskawsze. Przjechaliśmy lekkomyślnie jeszcze jedną szczęścia stację. Byłam winna? Gniewasz się na mnie? Oboje mieliśmy rację. Gdy się kocha wszystko jest prawdą. Nawet kłamstwo w prawdę się zmienia. Ginie przepada żal od jednego uściśnienia. Lecz nie można błądzić na wichrze by tej prawdy słowa usłyszeć. Skryć się trzeba w domu wieczorem i we dwoje wtulić w ciepło i ciszę. — Mieczysława Buczkówna • Z dotknięcia Boisz się -- odetchnąć głębiej Boję się pomyśleć głębiej By nie zburzyć zbudowanej na milczeniu Z cienia spojrzeń o I świateł uśmiechów Wzajemności Twój szalik w rękawie płaszcza Jak wiosenna rzeka Lecz twój pędzel do golenia Otwiera w lustrze Las zimowyBoisz się -- odetchnąć głębiej Boję się pomyśleć głębiej By nie zburzyć zbudowanej na milczeniu Z cienia spojrzeń o I świateł uśmiechów Wzajemności Twój szalik w rękawie płaszcza Jak wiosenna rzeka Lecz twój pędzel do golenia Otwiera w lustrze Las zimowy — Robert Burns • Miła ma jak czerwona róża Miła ma jak czerwona róża, Kwitnąca w czerwcu róża - cud! Miła ma jak melodia tkliwa Słodko z najczystszych grana nut. Iżeś tak piękna jest, Dziewczyno, Więc nie zna miary miłość ma; Póty cię kochać będę, Miła, Aż wyschną wody mórz do dna. Aż wyschną wody mórz, Najdroższa, I aż się w słońcu stopi głaz; Będę cię kochał wciąż, Najdroższa, Póki w nurt życia spływa czas. O, żegnaj, moja Ty jedyna, Żegnaj na kilka jeno chwil; Wrócę znów, chociażbym miał przejść, Miła, Dziesięć tysięcy długich mil! — Andrzej Bursa • Miłość Tylko rób tak żeby nie było dziecka tylko rób tak żeby nie było dziecka To nie istniejące niemowlę jest oczkiem w głowie naszej miłości kupujemy mu wyprawki w aptekach i w sklepikach z tytoniem tudzież pocztówkami z perspektywą na góry i jeziora w ogóle dbamy o niego bardziej niż jakby istniało ale mimo to ...aaa płacze nam ciągle i histeryzuje wtedy trzeba mu opowiedzieć historyjkę o precyzyjnych szczypcach których dotknięcie nic nie boli i nie zostawia śladu wtedy się uspokaja nie na długo niestety. — • Nasze ognisko Roznieciliśmy nasze ognisko By odgrodzić swoje wieczory Od ludzi wszystkich jak od chorób Niech się kołysze i błyska Niech złote śpiewają iskry W naszym ognisku... Siedzimy wieczorami Coś niedobrze się dzieje Płomień gaśnie ciemnieje Kopeć oczernił pokój Pyta żona: Co ci kochany? - A daj mi spokój... Ja wiem czemu smutno mój drogi My lubimy bardzo czworonogi Zwierzę najlepszy przyjaciel Już na ulicy jestem jednym skokiem Przemierzam całe miasto szerokie Wracam Z ogromnym kotem pod pachą Siedzimy wieczorami Coś niedobrze się dzieje Kot straszy bursztynowym okiem Płomień gaśnie ciemnieje Przeglądamy... malarstwo włoskie... Rany Boskie... jak nudno... No - mówię - rady nie ma... Widać się do siebie nie nadajemy Koniec z naszym ogniskiem Ale sprośmy jeszcze na ostatek Wszystkich naszych starych kamratów Ze szkolnej ławy Z popijawy... Zrobimy zabawę... Przyszli goście Każdy opowiada Barwna talia się rozkłada Z prostych opowieści Chwalimy życie z całej mocy Śpiewamy pieśni do północy Pierwsza Goście już za progiem No i cóż moja droga I nam trzeba zabierać walizki Ale popatrz... popatrz Jak się kołysze i błyska Wielkim ogniem... słoneczną iskrą Nasze ognisko... I nasz kot jest bardzo piękny z tym bursztynowym okiem — • *** [Przecież znasz wszystkie...] ...ty znasz moje chwyty, ja znam twoje, marnujemy czas. Przecież znasz wszystkie moje chwyty życie moje wiesz kiedy będę drapał krzyczał i rzucał się znasz upór moich zmagań i drętwe pozbawione smaku i czucia wyczerpanie wtedy zatruwasz mój sen majakami aby uniemożliwić mi jakikolwiek azyl znam twoje słodycze które przyjmuję ze skwapliwą wdzięcznością i po których szarpią mnie torsje przywykłem do twoich okrucieństw nauczyłem się śmiać z własnego trupa (znasz dobrze ten mój ostatni chwyt) znudziliśmy się sobie życie moje mój wrogu Cóż kiedy wkręciłeś iskry bólu w moje szczęki aby utrudnić mi ziewanie. — George Gordon Byron • Kiedyśmy się żegnali Kiedyśmy się żegnali We łzach i w milczeniu, Gdyś się smutna oparła Na moim ramieniu, Twarz miałaś bladą, zimną, Pocałunek zimniejszy, Wróżyła mi ta chwila Okropność dzisiejszej. Zimno na moje czoło Spadła rosa ranku - Przeczułem, że zapomnisz O dawnym kochanku. Dziś zachwiana twa sława, Śluby zniweczone, Dziś słyszę twoje imię I za ciebie płonę. Przy mnie mówią o tobie; Milczę - rozpacz, trwoga, Dreszcz mnie przebiega zimny - Czemuś mi tak droga? Nie wiedzą, że znam ciebie, Jak dźwięk dzwonu ich głosy; Długo, długo klnąć będę Ciebie - i moje losy. W tajniśmy się widzieli - W milczeniu żal tłumię, Że zapomnieć, oszukać Twoje serce umie. Ach! gdy cię ujrzę jeszcze, Jakimż dziękczynieniem Do stóp twoich pobiegnę? - Łzami i milczeniem — • O nie mów mi, o nie mów mi O nie mów mi, o nie mów mi O szczęściu tych minionych dni, Gdy miałaś duszę moją całą. Pamiętam je, dopóki czas Nie przyjdzie sprawić, iżby z nas Śladu na ziemi nie zostało. Czyż mogłabyś - czyż ja bym mógł Zapomnieć serca twego stuk, Gdym pieścił złoto twych warkoczy? Dziś jeszcze widzę pąs twych warg, Co tchnąc miłością, skapią skarg, I młodą pierś, i tęskne oczy. Do srecam tulił cię, a ty Miewałaś w oczach rzewne mgły - Wyrzutu może? czy zachęty? I znowum cię w uściski brał, Jak gdyby chcąc; by pieszczot szał W niebytu strącił nas odmęty. A potem, gdy się powiek brzeg Łączył w puszysty jeden ścieg, Kryjąc błękitne kule na dnie - Rzęs twoich długich kładł się cień, Na licach, jak gdy w mroźny dzień Na śniegi pióro kruka spadnie. Że znów mnie kochasz, miałem sen - I słodszy był mi majak ten, Niż gdybym płonął znów na jawie Dla innych serc, dla innych lic: Bo one mi nie niosą nic, Gdy ze snem moim je zestawię. Więc nie mów mi, więc nie mów mi, Że nigdy już nie wrócą dni, Co sennym sycą mnie wspomnieniem - Póki się nie zmienimy w głaz I póki nam nie powie czas, Że myśmy tu znikomym cieniem. — Maciej Cisło • O Tobie Ani 1 Deszcz. Wszystko zmyje, czerwone włosy dziewczyny wylot ulicy. I myśli. Myśli. Boże czy ty nim żyjesz -- życiem? Tak bez adresu tęskniłem tylko w dzieciństwie. Samotność -- jakbyś rankiem spojrzał w okno i obłoki dojrzał szybujące w pustce, i nic więcej. 2 C h c ę -- chcę ciebie! która tak od nie- chcenia siebie posiadasz! Chcę mieć wszystkie ciała twego kosmosu, jak w śmierci gdy się ma myśli drzew chmur i kamieni -- przesuwane na Liczydłach poezji: ciała niebieskie róż makijaż i nagie, giętkie. -- -- -- -- -- -- -- 3 Złoto-biel, sandał na wysmukłej szpilce stopa w cieniutkich paskach-balans bioder-ramię: weź! mnie. Usta język-zęby; zjedz! i te dwie, sterczące zaczepnie zezujące rozbieżnie -- o! esownice profilu. 4 "Pochylają się nad głębokimi studniami przykładają sobie ucho do piersi, ciekawi czy tam wewnątrz nie usłyszą szponów wielkich niespokojnych drapieżców szarpiących się wściekle w ich klatkach. Jedynie po to by czuć jak drżą wzajemnie i żeby się przerażać swą samotnością. Ponad mrocznymi, palącymi jak piętno głębiami" 5 B y ć s o b ą ...i być kimś! Samoświadomość świata to Inny. Męski mężczyzna, kobieca kobieta dziecinne dziecko --- jedno namiętnie pożąda drugiego; żywe życie śmieje się ze słowa "zdrada", życie zdradzić można tylko ze śmiercią. ...Masz okno okrężne w pokoju, wokół okna, przez które widać brakujący krajobraz. 6 Żeńska -- rzeka łania łąka noc poezja -- to są wszystko siostry mojej żony. Jej bratem, ludzkim, był może Cezar! Kepler sam Bóg. Ale to przecież im bardziej nie on -- a rzeka -- tym bardziej ona. Ona dla mnie. 7 Chłodna kropla światła łza na policzku dziecka o świcie. Śnił mu się Strach -- a przecież ono jest naszą Najodważniejszą przenośnią -- przenoszącą nas w nieskończoność - — |